Kraków
2005 wystawa w Piwnicy POD BARANAMI
Rodzisz
się, by żyć. Jedziesz by dojechać.
Jak przed narodzeniem nie miałam świadomości, co i
jak... tak przed "jechaniem"
wiedziałam dobrze po co i dokąd.
Wtorek. Ci co pracują, pobrali wolne, Ci co nie pracują,
wolnego brać nie musieli.
Byle do Krakowa, miasta konserwatywnego, miasta snobów,
mikro państwa zasiedziałego w sztuce, po czubki uszu.
Pociąg 22.10, wszyscy pod zegarem 21.45, warto dodać;
mieliśmy się spotkać;
Piro, Sajka z Panną Martą, Cieniu i ja- Koko.
Reszta; Gośka, Baśka zawinęły się południem, samochodem...na
wysokości Gliwic zabrały Niebo.
Z Cieniem o 21.40 staliśmy jak cepy, na przystanku
autobusowym, czekając na busa, moknąc, i klepiąc,
że mogliśmy jechać tym wcześniejszym... który pewnie
i tak nie przyjechał, jak ten, na który czekaliśmy
teraz.
Telefon kontrolny do Pira gdzie jest i hasło "kup
bilety, my się spóźnimy", rwiemy taxi, jedziemy.
Ulice zaślinione, ciemno...i śmierdzi zimą, mijamy
kolizję...
22 z minutami, trzema, czterema...jesteśmy na Wrocławskim
Dworcu Głównym. Biegiem pod zegar, w międzyczasie
telefon do Sajki, żeby zajęła miejsca . . .
Pira porywamy spod zegara, lecimy....
peron 1, 2, 3...jest, skok w pociąg, siad w przedział,
głosy, co i jak i dlaczego tak poźno...
Standardowe opóźnienie, zatracenie, ostatnia chwila
- najistotniejsza.
My już jedziemy, jak reszta - nie wiemy, (zgniły rym)
będziemy kontaktować się w Krakowie.
Jest nas piątka. Są dokumenty, potwierdzające, że
studiujemy, że mamy lat tyle, ile chcemy +_+, nie
zawsze tyle ile żyjemy.
Niekończące się słowa, bełkoty, zapach alkoholu, powietrze,
które z każdym wydechem jest coraz cięższe.
Mijamy te stacje, jedna za drugą, druga za trzecią...
analogia do końca, do początku - Krakowa.
Zasypiam.
Oni też, ileż można.
Stacja, Kraków Główny?
..chyba tak.
A..........u !
Okrzyk, że już.
Kraków nasz...
...jest 2 w nocy, wszystko nagrane;
z dworca odbiera nas Jacek, przyjaciel Pira, jeszcze
z piaskownicy, śpimy u niego w mieszkaniu, rano przed
11 wchodzimy do Piwnicy, montujemy się, 19 wernisaż,
23 z minutami, wracamy do Wrocka. Yh.
Widzę Jacatego, uściski zaciski, wleczemy się ponad
kwadrans miastem. Wilgoć w powietrzu, zima śmierdzi
nieco mniej, albo to moje zmysły wciąż zaspane?
Kraków; kolorowe neony, równiutka kostka brukowa,
bezdomni, jak we Wrocławiu, ale nie wyciagają ręki,
może już zbyt późno?
. . . jakiś dziwny porządek, którego we Wrocławiu
mi brakuje, każdego dnia.
Jesteśmy struci jazdą, ale do sklepu po wino zachodzimy.
Kilka minut później siedzimy juz na kanapie, w kuchniu
u Jacka... otwiera nam współlokatorka, jedna z 4;
" sorry, ale jestem wstawiona, to Wy jesteście
ci z Wrocławia?" z naszej strony śmiech, odpowiedź,
że tak..." rozgoście się"...
- więc się gościmy..;-), zaraz przyjadą Chłopaki windą,
drugą turą, bo krakowskie windy mieszczą się tylko
3 osoby +_+ i zamykane są na klucz od środka, żeby
ćpuny nie dostawały się na dach, tak tak... krakowskie
zwyczaje.
Ponoć była impreza, zanim przyjechaliśmy, cholera,
nie zdążyliśmy, nie zaczekali.
Czuję, że mój tyłek wgniata kanapę, ciało rozlewa
się na powierzchni, ale jeszcze widzę kształty, jeszcze
widzę Cienia, Pira, druga tura wjechała. jesteśmy
wszyscy.
Tereska gryzie miśka, wydziera bezwzględnie misiowe
narządy... ośliniony waciak u mych stóp.
Obok mnie Sajka, Marta...Piro otwiera wino, Cieniu
rozlewa.
Oni idą na dach, przez okno, na dziko, po łóżku..na
którym jeszcze chwilkę temu śniła Julia(?), idę, a
co!
Jest zimno, ślisko, strach, bardziej o innych, niż
o siebie. Miasto wygląda lepiej z dachowej perspektywy,
mimo, że wiele nie widzę, trzymam się kurczowo, nie
wiem czego.. Pirek z Cieniem kilka metrów przede mną,
mają buty...a ja niczym idiotka, w jakiś (...) ślizgaaaaam
się !!! Rezygnuję, chcę się jutro obudzić na tym świecie.
Wracam.
Siedzimy i sączymy wino. Z intergacją nie ma problemów.
Szybkie info, jak Krakowiaki się bawią, jak żyją,
jak mija tutejsze życie. Coś wali w okno, zapomniałam
gdzieś tam wcześniej napisać, że to mieszkanie, to
zaadoptowany strych... więc coś wali w okno w suficie,
i patrzę..i widzę ciemne twarze, tych w "dobrych
butach" do chodzenia po śliskiej powierzchni.
Minutę później jesteśmy wszyscy w kuchni, na kanapie,
na fotelach, z Tereską pośród nas.
Myję zęby, coś jeszcze, padamy razem z Cieniem.
I rano.
Jemy, poznajemy resztę współlokatorek Jacka. On sam
budzi się mocno po nas.
Dziewczyny szukają kolejnego mieszkania, to wszyscy
muszą opóścić do końca miesiąca grudnia.
Męęęęętlik, wanna, śniadanie, fotki, winda, ulica,
Piwnica Pod Baranami.
Ciemne pomieszczenia, zapach legendy Skrzyneckiego,
który dzień po dniu się ulatnia, bez obawy...
Wszystko "dziwne", obce.
Czekają na nas Gośka, Niebo, Baśka...pełny bagażnik
naszych prac, uściski.
Obchód ścian, kto gdzie i jak.
Siedzę na tej scenie, na której odbywają się "Benefisy"...
- nie mogę uwierzyć, że to takie małe !
Obalamy Planetarium.
Szlag! nie mamy taśmy, drutu, obcążek...Gośka, Baśka,
Niebo pakują się w samochód, do Castoramy... i jeszcze
zamówienie na trunki.
My się pomału rozmieszczamy, ustalamy co i gdzie,
w międzyczasie wracają Babolce....mamy już wszystko,
do roboty...
Oprawiamy, montujemy, demontujemy, oświetlamy, czyścimy,
demontujemy, przewieszamy, nerwy, telefony, demontujemy,
bo znowu nie tak.
Godzina pierwsza, druga.....zeszło do 17.
A jeszcze posprzątać, catering, przebrać się, coś
zjeść, zapić i GO!
Przyjechała Karolina z gitarzystą, chcą zrobić próbę,
nie mają gdzie, czysta dezorganizacja, zakazane zachowania,
piwnicze klimaty jak wzglądem szmaty... legenda krąży,
podaj dalej.
A nie tak być powinno.
Przebieralnia gra, śpiewa... bo scena tylko dla artystów,
nie wolno tam przebywać, nie wolno używać sprzętu....
aaaaaaaaaaaaaaa! jak oni funkcjonują!?
- my się zwijamy, szykujemy.
19.
Kilka minut wcześniej wbiegł Jacaty, ustalamy co ma
mówić, dostaje broszurkę, notuje...widać nerw.
Catering działa, ostatki...ale jeszcze wciąż.
Ludzie się tłoczą, czuć ich....dookoła nas, za murami.
Cyk. Ruszyło..
Jacek, duet śpiewajaco-grający, prezentacja prac..opinie,
opinie, opinie, chodzę i podsłuchuję co się komu podoba,
co komu mniej... jestem anonimowa, jeszcze tak.
Lubię to.
Ludzi około setka, no... jakoś tak było, może więcej,
może mniej. Około.
Jesteśmy zadowoleni, zmęczeni, wyuzdani i spragnieni
więcej, wiecej, więcej....
Zainteresowanie dostrzegalne, pytania, znajomości,
kontakty, kopniak w dupsko - dość mocny, siła do działania.
Jesteśmy, po prostu.
Nie możemy zostać, jutro większość z nas idzie do
pracy.
Dziękujemy, rozstajemy się z Krakowem....w swoistym
stylu oczywiscie ...
Na dworcu jesteśmy na tyle wcześnie, że kobieta w
okienku nie zdąży wydrukować ostatniego biletu...
dokupimy go w pociągu, u konduktora.
Siedzimy, jedziemy, zapach wilgoci nie jest nam ocby-skarpetki
:-)//.
Sen.
Nawet nie wiem, kiedy dosiadły się dziewczyny...gdzieś
w Gliwicach.
Nie było mnie.
Wrocław, ciemny, zimny, mokry, śmierdzący mocno -
zima już jest.
Rozdzielamy się, ja z Cieniem jedziemy do siebie.
Saja w chatę, po drodze odda Martę - tacie, której
wyschły szkła, padła bateria w telefonie i nie wie,
który to jej tato(bo nie widzi, bo nie ma jak zadzwonić),
Niebo nie zostaje we Wrocku, jedzie dalej..Gocha w
dom, Pirek też.
i tyle.
O wrażeniach nie piszę więcej aniżeli, POZYTYWNE,
ENERGETYCZNE, WARTE.
Pozdrawiamy, dziękujemy.